|
Ostatnie wpisy
Skrzynka pocztowa
|
czwartek, 10 listopada 2011
Ona Oto za mną kolejny film Woody’ego Allena oparty na schemacie: para Amerykanów pod trzydziestkę ma się niedługo pobrać, wyjeżdża na wycieczkę do Europy, gdzie jedno z nich (tym razem mężczyzna) zakochuje się w nowej osobie, w nowym miejscu, dzięki czemu zaczyna akceptować, a nawet uwypuklać pewne swoje cechy, które do tej pory starało się ukrywać, ponieważ okazuje się, że ktoś może je cenić, rozumieć, dzielić. Film zaczyna się przydługim wstępem bez bohaterów, bez dialogów ani porywającej piosenki. Tylko widoki Paryża. Człowiek w pewnym momencie już patrzy, ale nie widzi. Ale jakby się tak jednak skupić, można dostrzec oryginalne dzisiaj nie silenie się na oryginalność: Allen serwuje nam ujęcia „banalnych”, pocztówkowych zakątków Paryża. Pobudka. Poznajemy głównego bohatera. Nie znam aktora i to mi się podoba – nie porównuję różnych granych przez niego ról. Chory romantyk. Jak każdy chory romantyk: urodził się za późno, normalna praca go drażni, nie daje satysfakcji, próbuje pisać, ale nie jest przekonany co do wartości swoich dzieł, nierozumiany przez otoczenie, dostrzega piękno deszczu, wrażliwy, inteligentny, ale nie suchą inteligencją chodzącą encyklopedii (taki bohater również się pojawia). Nasz bohater preferuje Paryż lat 20. – to była najpiękniejsza epoka i wtedy i tam chciałby żyć. Postaci jak widać z krótkiego opisu są bardzo wyraziste. Prezentują bardziej postawy, prądy kulturowe niż indywidualne osoby. Nie chcę zdradzać fabuły filmu, więc zaznaczę tylko pewne nasuwające się myśli, wnioski. W filmie przewijają się osoby ze światka artystycznego różnych epok, aż po nieszczęsnego bohatera A. D. 2010. Postaci mniej i bardziej znane skupione wokół wielkich nazwisk. Dzięki tej atmosferze film może działać inspirująco na nieśmiałych artystów naszych czasów. Bo reżyser mówi nam, że aby być artystą, nie trzeba być wyjątkowo wyjątkowym, tylko wyjątkowo odważnym – nie bać się być sobą. Allen pokazuje, że artyści mają podobne myśli i słabości jak zwykli ludzie. Że tak jak wielu z nas, nie widzą swojej wyjątkowości, wielkości, są święcie przekonani że „kiedyś było lepiej” i że gdyby żyli wcześniej… Skąd my to znamy? Okazuje się, że każdy ma swoje marzenia, ale do nich nie dąży. Gdy się realizują – pojawia się zgroza, zdziwienie. Ludzie nie wierzą w szczęście. I jeszcze jedno spostrzeżenie, bardzo smutne. Że kobieta z roku 2010 jest najbardziej nikim spośród pojawiających się w filmie przedstawicielek płci pięknej. Nie ma osobowości, własnego zdania, autorytetu, mocy podejmowania decyzji i prawa do swobodnego wyboru partnerów. Baby jeżdżą wszędzie za swoimi mężami (zaakceptowanymi przez tatusiów), są lalkami do towarzystwa, bo taka tradycja. Zwrócę jeszcze uwagę na muzykę: przyjemną, gitarową, jak to u Allena. Towarzyszy widokom miasta, kawiarenek – banalne, ale ładne. Plus muzyka i atmosfera bankietów, kabaretów lat 20. Podsumowując, film jest po prostu ładny i ma ciekawe przesłanie. Pomysł na fabułę był dobry, ale czegoś brakuje. Może małego skomplikowania? Mocniejszego splecenia losów bohaterów i różnego typu zależności. On
Jeśli film nie musi wzbudzać emocji, jeśli ma być zapchajdziurą wolego czasu to polecam O Północy w Paryżu.
Jeśli miałbym szukać pozytywów na siłę to scenografia. Można sobie „popatrzeć” na Paryż początków ubiegłego stulecia, można sobie popatrzeć na artystów tamtej epoki, choć z drugiej strony nie będąc historykiem sztuki i miłośnikiem biografii (albo na odwrót), ciężko stwierdzić, czy reżyserowi udało się odzwierciedlić przedstawione postacie. Zdjęcie pochodzi z: http://www.movievortex.com/review/midnight-in-paris/midnight-in-paris.
piątek, 04 listopada 2011
Ona Podoba mi się, że w rodzimej kinematografii podjęto próbę poruszenia tematu choroby psychicznej. Zawsze będę popierała tego typu działania. Są to choroby, o których trzeba mówić. Głośno. A film jest nudny. Nie spodobał mi się. Godzina (lub więcej) opowieści, jakiejś fabuły, która nie jest ani wciągająca, ani mądra, ani ciekawa. Dopiero pod koniec dowiadujemy się, że główny bohater znajduje się w szpitalu psychiatrycznym, a cała ta opowieść dzieje się w jego głowie, że mężczyzna nie ma żadnego (dosłownie) kontaktu ze światem. Według mnie dopiero ta końcówka pokazuje potworność choroby, cierpienie rodziny, dylematy lekarzy. Uświadamia, że godzina kryminalnej fabuły, w której bohater przeżywał tyle napięć, cierpień, znajdował się w niebezpieczeństwie – że to wszystko działo się tylko w jego głowie. A jednak cierpiał. Bo nie wiedział, że to urojenia. Kiedy go dusili, czuł się duszony. Nie licząc ostatnich kilku minut, chorobę bohatera sugerują nam pewne sceny (wicie się po podłodze, błyski w głowie, dziwne odbieranie zwykłych rzeczy), jednak mam wrażenie, że są one symbolem choroby, a nie jej odmalowaniem. Są jak głupi stereotyp. Stereotyp przedstawiania akurat choroby psychicznej. Jeśli chodzi o filmy podejmujące temat choroby psychicznej, zdecydowanie mogę polecić filmy Czarny łabędź oraz Piękny umysł. Na Palimpsest moim zdaniem szkoda czasu. Chyba że ktoś szuka w filmie czegoś zupełnie innego niż ja. Klimatu ciemnych, starych, odpychających kamienic z wysokimi, pustymi mieszkaniami… Co twórcom się udało, to dobór tytułu. Palimpsest to pergamin, z którego starto pierwotny tekst, by wykorzystać go ponownie do zapisania. Choroba napisała w umyśle bohatera nowe rozdziały i nie pozwalała wydostać się na wierzch jego prawdziwej historii. Mogę jeszcze wspomnieć o jednej romantycznej scenie w szpitalu. Z jednej strony piękna, z drugiej chyba jednak banalna i oklepana. Nie jest początkiem ulgi, lecz raczej początkiem długiej drogi, która może prowadzić donikąd – ale tego człowiek dowiaduje się dopiero po przejściu nią tysięcy kilometrów. On Trudno się pisze o czymś, czego się nie rozumie. Na pewno przesłaniem reżysera było, aby ten film był inny, aby odbijał się innym światłem na tle (ostatnimi laty) głośno toczącej się dyskusji n. t. beznadziejności naszej rodzimej kinematografii. Czy mu się udało? Na pewno plus za gatunek, za podjęcie próby odgrzebania spod stosu nudnych polskich komedii romantycznych zapomnianego gatunku w polskim kinie jakim jest thriller. Natomiast samo - jak to nazwałem - odgrzebanie porównałbym do krzyku rozpaczy, bo: 1. do problemu jakim jest silne zaburzenie osobowości głównego bohatera Marka, dodaje się wątek kryminalny, i w efekcie mamy polskiego pilota serialu "Z Archiwum X", 2. dialogi i sceny na siłę otoczone tajemniczością i niezrozumieniem, bo chyba już się tak utarło, że thriller to ma być film głębszy, psychologiczny, 3. sceneria: nie próbujcie regulować ekranów, ten typ tak ma. Cały film, każda scena: czy na ruchliwej ulicy, czy w zamkniętej piwnicy dzieje się w półmroku, co zapewne miało dopełnić tajemniczości i podkreślić specyficzną tematykę filmu, 4. muzyka szablonowa, jak w każdym tego typu filmie. Ma przerazić, dodać niepewności, staje się po prostu głośna w kulminacyjnych momentach mówiąc najzwyczajniej: "to teraz jest ten moment...". Zgłębiając fabułę, nie wiemy, czy Marek (główny bohater) był tym policjantem, czy jednak to rozdwojenie jaźni i tzw. niespełnione marzenia z dzieciństwa sprawiły, że prowadził we własnej głowie śledztwo dotyczące mordercy swojego przyjaciela, również policjanta. Znajomo wyglądające twarze współpacjentów oraz personelu w białych kitlach każą twierdzić, że tak. Natomiast tytuł odzwierciedla całkiem co innego. Można przypuszczać celowe pranie mózgu, usunięcie pewnych faktów z pamięci niewygodnego świadka. Drugi plus dla reżysera, że pozostawił miejsce dla każdego z widzów, aby ten mógł poczuć się twórcą filmu i samodzielnie dokończyć historię. Zdjęcie pochodzi z: http://www.filmweb.pl/Palimpsest#. Tagi:
choroba psychiczna
kino polskie
palimpsest
recenzja filmu
recenzje filmów
thriller
zgrane małżeństwo
11:49, zgranemalzenstwo ,
Thriller
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 października 2011
Ona Na wstępnych napisach całkiem ciekawa animacja – ślady kroków turysty/pielgrzyma. Co jednak nasuwa takie myśli, czy aby ten wstęp nie jest bardziej dopracowany niż sam film. Początkowe sceny są nawet obiecujące. Chociażby scena rozstania, dialog mężczyzny z kobietą, który – jak to dialog mężczyzny z kobietą – jest raczej dwoma równoległymi monologami. I taka osobista klęska w relacji z narzeczonym jest jedyną odkrytą do tej pory przyczyną rzadkiego zjawiska, jakim jest solidarność jajników. Dokopać facetom! Wydaje się, że z poziomem filmu będzie dobrze: przyjemna muzyka, piękne zdjęcia. Niestety tylko w kilku ujęciach oddany jest charakter szlaków turystycznych: starzy, młodzi, plecaki, dobre buty, sandały ze skarpetami, nieefektowne, wygodne ciuchy. Liczyłam na więcej tego typu dobrych zdjęć, scen. Aha, przy szlakach i w miasteczkach, wsiach nie ma śmieci. Czy to tylko film, czy taka tam panuje kultura? Film można nazwać komedią omyłek. Aktorzy grają komediowo, postaci są przerysowane. Specyficzny, przypadkowy zbitek znanych sobie i nie zawsze lubiących się osób. W nietypowej sytuacji i towarzystwie nagle mieszają się różne role społeczne każdego pojedynczego bohatera… A tą sytuacją na chrześcijańskim szlaku jest terapia par z guru, który odziewa uczestników w koszulki z napisami, np. „mam kryzys”, „nie jestem doskonały” i organizuje słodkie wieczory przy ogniu, gdzie każdy opowiada swoje historie. A innym razem nie pozwala grupie rozpocząć posiłku, dopóki każdy nie wygłosi wobec drugiej połówki publicznych przeprosin i prośby o wybaczenie. Środki, cóż… włącznie ze związywaniem się sznurem i dreptaniem razem. Pod gołym niebem śpią wiec różne typy osobowości, problemów, marzeń i opinii: pan pępek świata, zboczony Chińczyk, który nawet nie jest Chińczykiem, tworzą się nagle trójkąty, czworokąty, a guru wita w łóżku jedną z… Główną parą jest dwoje nieznoszących się – a jakże by inaczej! – reportażystów. Facet nie rozumiejący logiki bab ;) Masaż stóp, który oznacza wiadomo co. On 1: „Wybaczysz mi?” – On 2: Wybacz mu. – pcha ją w jego ramiona. To nie jest dobry film. Ale trzeba przyznać, że spokojne piosenki i muzyka gitarowa – na plus. On Zastanawiacie się czasami, kto i dlaczego daje pieniądze na zrealizowanie danego filmu? Ja rzadko, ale jednak zawsze, gdy widzę coś właśnie w stylu Drogi do Santiago de Compostela. Prawdę mówiąc, mogłaby się w tym momencie moja recenzja tego filmu kończyć, bo czy człowiek może dużo przelać na papier, gapiąc się na białą ścianę? Tak, białą ścianą nazywam ten film. Jest bez polotu, nudny, szablonowy, przewidywalny, bezpłciowy. No, może płciowy to on jest. Tak! Płciowy zdecydowanie, nawet aż nadto. Temat przewodni: seks. I to seks pod każdym względem. Narzeczony z narzeczoną, kolega z koleżanką, koleżanka z chińczykiem, koleżanka z nielubianym kolegą, koledzy z piękną nieznajomą, aż w końcu kolega z kolegą. A mianem hitu ogłaszam seks w katedrze. Nawet mycie zębów sprowadza się do sztuki seksualnej. Wyprowadzam Was z błędu – na perwersje nie liczcie, to nie ten gatunek (i nie ten blog), ale poziom dialogów i zwrot akcji oceniam na podobnym poziomie. W tym wszystkim na uznanie zasługuje kilka komicznych scen. Ale nie jestem przekonany, czy śmiałem się z błyskotliwego czy jednak żenującego poziomu przekazu. Co prawda o gustach się nie dyskutuje. Dlatego nikogo nie zniechęcam ani nie zachęcam do tego filmu. Osobiście jednak wołałbym pójść na spacer niż ponowie go obejrzeć. Zdjęcie pochodzi z: http://www.salir.com/pelicula/al_final_del_camino_al_final_del_camino. Tagi:
droga do Santiago
droga do Santiago de Compostela
komedia
pielgrzymka
recenzja
terapia par
zgrane małżeństwo
20:00, zgranemalzenstwo ,
Komedia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 października 2011
Ona Wizja reżysera na temat: gdy dzieciaki, które naoglądały się filmów, zaczynają bawić się w prawdziwych szpiegów (a na dodatek: z prawdziwymi szpiegami). Przyznaję, że film jest inny, nieszablonowy i po prostu ciekawy. Kosmos (modne ponoć ostatnio słowo), czyli komizm i paradoks, zaczyna się już w pierwszej scenie, kiedy zwalnia się głównego bohatera z jego dotychczasowych obowiązków. Pan Cox ma fizjonomię komika, czego dopełnia muszka, i to jest fajne. Pan Cox jest tu prawdziwą ofiarą, dobrym chłopem, nierozumianym ideowcem. W jednym momencie dostaje mu się od pracy i od żony – rudej królowej śniegu. Zimna ruda kręci z niejakim granym przez George’a Clooney’a. Próby nadania tej postaci komiczności autorom filmu się nie udały: gadanie o refluksie laktozowym (nie mylić z reakcją anaflektyczną!), obsesja na punkcie podłóg, dziwne urządzenia budowane dla żony, a może dla innej z pań jego licznego haremu (a jak jego żona zdradza, to ojoj, zraniony on i zraniony honor)… Dodajmy, że tak oblegany przez kobiety bohater bierze prysznic w dwa wersy śpiewanej piosenki. Nie odpowiada mi też muzyka, w pewnych momentach zbyt „szpiegowska”, taki przerost formy nad treścią. Kolejny w panteonie bohaterów jest grany przez Brada Pitta pocieszny idiota vel Dobry Samarytanin, jak siebie nazywa. Nieświadomy zła świata, zawsze z gumą do żucia, dającą mu widocznie poczucie bezpieczeństwa, w pewnym sensie zwykły facet, niezbyt inteligentny, ze swoim słownictwem prosto z sal siłowni. Oprócz niego do świata postaci stereotypowych, „dzieciaków” bez związków, bez zobowiązań, należy koleżanka około czterdziestki, z typowymi problemami kobiety stanu wolnego w jej wieku – chce być atrakcyjna, być kobietą. Obsesja: znaleźć faceta. Dopuszczalna nieszczerość, by go zdobyć. Myśląca jeszcze mniej od pociesznego idioty, nie licząc myślenia o swoim losie. Drugi, zupełnie odmienny, bo dość poważny świat, to życie panów szpiegujących i ich pań. Gdzieś pośrodku plasuje się były pop, właściciel siłowni. Pomysł na ten film to ścieranie się świata komicznego i świata serio-szpiegów. Motyw mężczyzny – samotnego żeglarza i motyw mężczyzny krojącego (marchewkę) inaczej zwany motywem mężczyzny w fartuchu/kuchni. Jeśli nie wiesz, co za moment powie bohater, zapewniam, że powie: What the f*ck! A tak na poważniej: intryga jest naprawdę dobrze skonstruowana. I co mnie zaskoczyło (niekoniecznie pozytywnie) – ten film się nie kończy, on się urywa. On W głównych rolach: George Clooney – Harry od podłóg Frances McDormand – Linda John Malkovich – “Koks” Brad Pitt – Dobry Samarytanin Do czego może doprowadzić kobieca próżność? Już mówię. Wątek 1: Niejaki Osbourne „Koks” Cox jest Agentem w bliżej niesprecyzowanej firmie (Ja przynajmniej z kontekstu nie wywnioskowałem, że to CIA). Pewnego dnia wychodzi na jaw kolesiostwo, w efekcie czego Ozi unosi się honorem i rzuca robotę, oznajmiając żonie, że od tej pory będzie zajmował się pisaniem pamiętnika. Wątek 2: Żona Oziego jest na boku z Harrym, rozbawionym, zawsze uśmiechniętym, głupkowatym Casanovą, ciągnącym do łóżka każdą napotkaną na swojej drodze kobietę. (Jeśli Harry mówi „niezła podłoga”, to jej właścicielka zaraz wyląduje z nim w łóżku.) Wątek 3: Linda, instruktorka fitness nie podoba się sobie, w związku z czym poszukuje funduszy na operacje plastyczne, dodatkowo poszukuje faceta w portalach randkowych (albo głównie poszukuje faceta , a niepowodzenia próbuje tłumaczyć własnym wyglądem). Jej kolega z pracy (jeszcze bardziej głupkowaty niż Harry) niejaki Chad „Dobry Samarytanin” Feldheimer znajduje tajemniczą płytę CD i nic nie rozumiejąc, z jej treści wnioskuje, że to muszą być jakieś dane pt.: „Tajne przez poufne”. Połączenie wątków: Dobry Samarytanin w cudownym sposób identyfikuje właściciela danych, którym okazuje się „Koks”. Jak przystało na Dobrego Samarytanina martwi się on o los „Koksa”, wpada na wspaniały pomysł pomocy mu i tym samym zagarnięcia okupu za zwrot nic nieznaczących zaginionych ciągów cyfr. Pomysł ten szybko podchwytuje Linda, widząc oczyma wyobrazi swoje piękne zliftingowane ciało. Jakby tego było mało, chwilę później Linda poznaje Harrry’ego, który to większość swego czasu spędza w domu „Koksów”. Tak się nieszczęśliwie składa, że w tym samym domu pojawił się Dobry Samarytanin w poszukiwaniu kolejnych super cyfrowych nowinek. Co z tego wynikło i dlaczego tak kultowy aktor jak Pitt zanotował tak krótki epizod w tym filmie? Zapraszam do obejrzenia. Podsumowanie: Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a jeśli one są potrzebne do poprawy wyglądu, kobieta zawsze dobywa celu… Ni to komedia, ni to kryminał. Film na zabicie czasu w długie zimowe wieczory. Plusem, a raczej niespodzianką może wydać się niecodzienna rola Pitta, w której moim zdaniem świetnie się odnalazł, zresztą podobnie jak Clooney. Zdjęcie pochodzi z: http://osullivan60.blogspot.com/2010/11/jim-and-ewan-or-tom.html. |